Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/nunquam.do-skala.kalisz.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
349

294

349

osiedlając się w takim miejscu.
wściekłość. Kobieta musiała zacisnąć zęby, żeby nie zawyć głośno.
Milla była szczęśliwa. Choć długo miała wątpliwości, gdy
zakochana - minęło zbyt wiele czasu i zbyt wiele rzeczy się wydarzyło
na trzymanie telefonu w ręku, kiedy z gardła zniknęła wielka kula, a
zamknąć drzwi, kiedy mężczyzna wyszedł. Zamiast tego Milla
- Nie ma potrzeby - odezwał się True, patrząc to na Millę, to na
17
matkę do ojca, do Meksyku. Jego stary nie przejmował się specjalnie
szukałam Justina, a także śladów jego porywaczy Dopiero niedawno,
fortuny, ale mieli dość pieniędzy, by wychowywać dzieci i od czasu
wypisu z kliniki. Nigdy nie padło na nią żadne, najmniejsze nawet
To był on.
Serce jej załomotało. - Nie... nie mogę. - Dlaczego? Objęła się ramionami. Mimo upału trzęsła się z zimna, jakby był listopad. - Nie należał do mojego męża. - Jest pani pewna? Nie odezwała się, bo nie miała pewności. - O ile wiem, nigdy nie miał niczego takiego. Prawdopodobnie należał do... tego drugiego mężczyzny. Tego, który go trzymał. - Czy domyśla się pani, kto to jest? - spytał Wilson. - Sama chciałabym wiedzieć - odpowiedziała skwapliwie. Nie pozwoliła myślom przenieść się w inny czas i miejsce, ku innej miłości i błyszczącemu łańcuszkowi z medalikiem świętego Krzysztofa. - Bóg mi świadkiem, że chciałabym wiedzieć. Przeszli korytarz i wsiedli do windy. Zjechali na oddział intensywnej terapii. T. Johnowi nie udało się przekonać dyżurującej pielęgniarki i lekarza dyżurnego, żeby pozwolili im zobaczyć drugą ofiarę pożaru. Wyszli ze szpitala. W palącym popołudniowym słońcu, Wilson pokazał jej fotografię zwęglonego mężczyzny. Zobaczyła twarz w pęcherzach i spalone włosy. Zamknęła oczy, bo zebrało jej się na wymioty. - Już panu mówiłam. Nie znam go. A nawet gdybym znała, nie sądzę, to znaczy nie przypuszczam... - W porządku. - Głos Wilsona był współczujący, jakby jednak był zdolny do ludzkich uczuć. - Mówiłem, że to niemiły widok. - Ujął ją pod ramię i zaprowadził na parking, do służbowego samochodu. Spojrzał przez ramię w stronę skrzydła szpitala, gdzie mieścił się oddział intensywnej terapii. Pokiwał głową. - Biedny facet. Kto to, do diabła, jest? Część pierwsza 1977 1 Więc tak żyją bogacze. Brig McKenzie rzucił dżinsową kurtkę na siedzenie wysłużonego harleya davidsona. Mrużąc oczy w ostrym słońcu, spojrzał na wypielęgnowany trawnik, który tarasami pokrywał zbocze górskie, aż do olbrzymiego domu na szczycie. Każdy pas przystrzyżonej trawy okolony był kamieniami. Ciężkie od kwiatów krzewy róż zalewały ziemię kolorami i nasycały powietrze zapachem. Zielonego dywanu Buchananów nie szpecił żaden chwast, oset ani koniczyna. Posiadłości Buchanana nie dało się porównać z domem Briga - jednoizbowym barakiem, w którym mieszkał z matką i bratem. Za stopień służyła im ustawiona na cegłach skrzynka po pomarańczach, a żwirowy podjazd porastały wysuszone zielska i trawa. Kołyszący się przy oknie frontowym metalowy szyld, na którym czas odcisnął swoje piętno, zapraszał na wróżenie z dłoni i konsultacje psychologiczne u Sunny. Jego matki. Półkrwi Indianki Cherokee, półkrwi Cyganki. Najlepszej matki, o jakiej dziecko mogłoby marzyć. Przyglądał się domowi Buchananów i nie czuł zazdrości, która trawiła jego starszego brata Chase’a. - Na Boga, Brig, musisz to zobaczyć - mówił mu nieraz Chase. - To rezydencja. Prawdziwa rezydencja, pełna służących i kucharzy. Jest nawet szofer. Wyobrażasz sobie? W Prosperity, w stanie Oregon w Stanach Zjednoczonych, najprawdziwszy szofer. Chłopie, to jest życie. - Oparty o odrapany plastykowy stół kuchenny, wyszeptał: - Wiesz, dałbym się zabić, żeby mieć taką chałupę! Na Brigu to miejsce nie wywarło wielkiego wrażenia. Wiedział, że stary Buchanan też ma zmartwienia, z którymi musi sobie radzić. Brig wpatrywał się w masywną konstrukcję z szarego kamienia i cedrowego drewna, która była domem Reksa Buchanana. Trzy wysokie piętra, spadzisty dach, okna w kształcie łuków, ozdobne okiennice i tyle kominów, że nie można ich było zliczyć. Pomnik wystawiony królowi drewna. Buchanan był właścicielem niemal wszystkiego i wszystkich w mieście i, zdaniem matki Briga, prawie bogiem na ziemi. Ale matka Briga mówiła wiele dziwnych i tajemniczych rzeczy, które go niepokoiły. Nie wierzył w astrologiczne bzdury, choć niejedna przepowiednia Sunny McKenzie sprawdziła się. To było niesamowite i przyprawiało go o gęsią skórkę. Nie chciał myśleć o swojej pięknej matce, którą mąż porzucił wkrótce po jego narodzinach. Wolał skupić się na niezmierzonych hektarach ziemi, która należała do Buchananów. Ogromny obszar był podzielony białymi płotami na mniejsze pola, na których suchą trawę skubały konie, sądząc po wyglądzie, w większości rasowe. Ich brązowa, czarna, srebrna i kasztanowa sierść lśniła w późnopopołudniowym słońcu. Zwierzęta ogonami opędzały się od much. Niepewnie stojące na nogach źrebaki usiłowały naśladować matki i skubały wyblakłą od słońca trawę.

Korytarz rozszerzył się, zamienił w okrągłą pieczarę, której wysokie sklepienie ginęło w

potwierdzić jego wersję w zamian za kilka przysług.
spotkania. No, co do czasu, to wszystko zrozumiałe – godzina dwunasta minut zero zero. Ale
otworzyć, zbaczając na bezpieczne tematy, zadała zbyt wiele pytań naprowadzających. To
bo on wariat, albo – nie daj Boże – karbonar.
Radykalne grupy prawicowe z Zachodniej Ukrainy grozily wczesniej, ze wysla na Krym ‘pociagi przyjazni’ z uzbrojonymi bojowkarzami, zeby zdlawic wszelkie objawy oporu przeciwko rewolucji, o ktora tak ciezko walczyly.
Chodzić do niej potem nie przestałem, ale do sypialni się nie pchałem, a ona nie
dochodzeniowego. Rainie już od trzydziestu minut porządkowała papiery. Drewniana podłoga
rozmyślania (to taka nasza modlitwa bezgłośna). A on leży, śpi. Na mnie ręką machnął.
jej. Twarz Rainie była jeszcze bledsza niż wczoraj, cienie pod oczami wyraźniejsze. Kolejna
Polina postała trochę, posłuchała, niczego godnego uwagi nie usłyszała i poszła dalej.
Ale zrozumiał, doskonale wszystko zrozumiał. To, co w żadnym razie z nim zdarzyć się
– Nie ma silnej płci i nie ma słabej. Każda połowa ludzkości jest w czymś silna, a w
baru. Gdzieś, gdzie gra głośna muzyka, na parkiecie jest tłum, gdzie wszystkie kobiety są
plotki w lokalnych barach. Prawdopodobnie śledziłby w prasie i telewizji postępy śledztwa,
– Służącą ulokuje pani w swoim pokoju czy oddzielnie?

©2019 nunquam.do-skala.kalisz.pl - Split Template by One Page Love